Trudny partner Asterix
Francuzi znów zdenerwowali Polaków. Ich nieobecność na obchodach rocznicy powstania warszawskiego nie pozostała niezauważona. Mogli i powinni tu być. Jacques Chirac został zaproszony tak samo jak George W. Bush i Tony Blair, którzy przysłali swoich wysokich przedstawicieli. Francji nie reprezentował nawet ambasador, bo godzina "W" przypadła na sezon urlopowy.
Przemawiającemu na placu Powstańców Władysławowi Bartoszewskiemu dało to asumpt do dobrotliwego przypomnienia Francuzom, że warto mieć Polaków za sojuszników, o czym świadczy wierność pani Walewskiej wobec Napoleona. Taka to jest właśnie legenda polsko-francuskich związków: od królowej Marysieńki, poprzez marszałka Francji księcia Józefa Poniatowskiego i pół-Francuza Fryderyka Chopina, aż do Marii Curie, o której zresztą nie wszyscy Francuzi wiedzą, że kiedyś nazywała się Skłodowska. Francuzi lubią takie legendy. Polacy ich za to lekceważą, bo Francuzi są tacy powierzchowni.
Polacy mają do Francuzów zadawnione żale. O Napoleona, który wykorzystał ich jako mięso armatnie, a Polskę odbudował tylko na chwilę w postaci kadłubowego Księstwa Warszawskiego. O odwieczną i bezkrytyczną fascynację Rosją. A przede wszystkim o "śmieszną wojnę" w 1939 roku, która równała się zdradzie sojuszu. Byłem świadkiem, jak w pamiętnym 1981 roku znany skądinąd z miłości do Francji Adam Michnik, z rzadkim u niego typem patosu wypalił trochę nie a propos francuskiemu dziennikarzowi, że Polacy, w przeciwieństwie do Francuzów, są zdolni umierać za Gdańsk pomimo dotkliwego braku na Pomorzu Linii Maginota.
Francuzi tego nie rozumieją. Trwają w przekonaniu, że wiele dla Polski zrobili, okazując niekiedy zainteresowanie, a nawet sympatię temu nieco szalonemu i niezbyt poważnemu narodowi z Dzikiego Wschodu. A także walcząc przez wieki ze wspólnym wrogiem - Niemcami. I właśnie zbliżenie z Niemcami poza plecami Paryża mieli Polsce za złe w początku lat 90. Dziś kamieniem obrazy jest podkreślany przez Polskę sojusz z Amerykanami.
Nie ma co ukrywać - Francja ma w Polsce bardzo "złą prasę". Tylko minionej wiosny znęcaliśmy się nad nią zażarcie co najmniej w dwóch sprawach - obu związanych z jej laickim doktrynerstwem: w kwestii zakazu noszenia symboli religijnych w szkołach oraz w sprawie betonowego oporu prezydenta Chiraca przeciw odwołaniu do chrześcijaństwa w konstytucji europejskiej. Nawet rosnący w Polsce w siłę przeciwnicy interwencji w Iraku akurat na Francję raczej się nie powołują. A słowa Chiraca z ubiegłego roku, gdy zarzucił nam, że straciliśmy okazję "zamknięcia gęby" w kwestii irackiej - największa gafa dyplomatyczna ostatnich dziesięcioleci - długo nie zostaną zapomniane.
To wszystko budzi emocje, a te dominują nad zdrowym rozsądkiem. Parę lat temu rodzice uczniów jednej z warszawskich szkół mieli zaprotestować przeciw nauczaniu ich dzieci "do niczego niepotrzebnego" języka francuskiego. Nawet jeśli anegdota nie jest do końca prawdziwa, to prawdę oddaje. Sądząc po ogłoszeniach o kursach językowych w stolicy Polski, francuski spadł do tej samej kategorii co hiszpański i włoski, daleko za niemieckim, o angielskim nie wspominając.
Nie zawsze tak było. W początku lat 80., w latach stanu wojennego, gigantyczna kolejka stała co roku we wrześniu przed Instytutem Francuskim w Warszawie (wtedy przy ulicy Świętokrzyskiej) w oczekiwaniu na zapisy na kursy języka. Instytut ten - dzięki publicznym dyskusjom z przybyszami z Francji, filmom i spektaklom oraz dostępowi do francuskich publikacji - był przez parę lat dla wielu Warszawiaków wyjątkowo przyjaźnie otwartym oknem na wolny świat. Społeczeństwo francuskie, obok niemieckiego, okazało dużą, konkretną solidarność z Polską, wyrażającą się między innymi w pomocy charytatywnej. Wielu młodych Francuzów zafascynował kraj nad Wisłą, którą wreszcie odróżnili od Wołgi.
Polityczna emigracja solidarnościowa znalazła w Paryżu przyjazny azyl, co można uznać za nawiązanie do jeszcze XIX-wiecznych tradycji, o których też zapominać nie wolno. Francja przez parę wieków była dla wielu Polaków domem, krajem, do którego emigrowali za chlebem i wolnością, inspiracją.
Jeśli teraz jest inaczej, to nie tylko z powodu licznych francuskich błędów. Niechęć do Francji ma bowiem również podłoże w nas samych. Francja ma leczyć nasze kompleksy, odgrywając szczególną rolę w grze droczenia się Polaków z sytym, szczęśliwym Zachodem, który odniósł sukces, gdy myśmy cierpieli, i który wciąż tylko na wpół przyjmuje nas do swego grona, bo się nas nieco obawia. (...)
Podstawowym problemem Francji jest niechęć do pogodzenia się z faktem, że od dawna przestała być mocarstwem światowym. Stąd jej skłonność do arogancji, pouczania innych, a także przeceniania swych możliwości. Francja - budząc niekiedy wesołość - przechadza się w zbyt obszernym garniturze, skrojonym na giganta, którym kiedyś była. A jednak nie jest bynajmniej karłem, jak sądzi wielu Polaków, tylko człowiekiem całkiem dobrze zbudowanym. W uszytym na swą miarę ubraniu budziłaby odpowiedni do swej wagi respekt.
Francja jest jedną z gospodarczych potęg. Znacznie mniejszą od USA, Japonii czy nawet Niemiec lub gwałtownie rosnących w siłę Chin, ale wciąż dynamiczną i zdolną do dużej kapitałowej ekspansji, co odczuły wszystkie kraje wschodu Europy. Jest wciąż nie do zlekceważenia w dziedzinie nauki i kultury. Jest krajem bardzo żywego społeczeństwa obywatelskiego. Tym, którzy ubolewają nad utratą przez Francję jej chrześcijańskiej tożsamości, warto uświadomić, że wiara, choć mniej powszechna, jest tam bardzo żywa i owocuje wyjątkowo dużą twórczą aktywnością kościelnych ruchów i wspólnot, niektóre z nich obecne są także w Polsce. Oraz że Lourdes jest miejscem pielgrzymkowym nie mniej popularnym niż Częstochowa, a bardzo ceniona przez Jana Pawła II wspólnota ekumeniczna w Taizé w Burgundii przyciąga co roku nie mniej młodzieży niż piesze pielgrzymki na Jasną Górę.
Język, o którego rangę Francuzi walczą z malejącą skutecznością, nadal jednak pozostaje drugim językiem w kontaktach międzynarodowych i nawet w NATO - co rzadko kto wie - ma obok angielskiego status oficjalny. Ruch frankofoński, do którego należą dziesiątki państw, ma w zamyśle Francuzów wspierać pluralizm kulturowy w ogóle i stanowić wyzwanie dla rysującego się anglosaskiego monopolu w skali globalnej. Nie jest to idea pozbawiona sensu. Nieugięty Asterix, Gall ze znanego francuskiego komiksu broniący wraz z przyjaciółmi ostatniej wioski, której Cezar nie jest w stanie zdobyć, to w gruncie rzeczy postać wielce sympatyczna.
Francja to kawał historii Europy i raczej pozytywnej części jej historii. To również część naszej własnej historii, którą powinniśmy cenić i w której odegrała rolę raczej pozytywną, a nigdy tak dramatycznie negatywną, jak parę innych europejskich potęg. Dziś Francja jest partnerem bardzo przez Polskę niedocenionym. Bo konkretna współpraca polityczna i gospodarcza jest zależna w zadziwiającym stopniu od sympatii i antypatii, stereotypów i ogólnych nastawień.
Francuzi, a ściślej biorąc francuscy katolicy myślący o przywróceniu duchowej jedności sprzed wieków, są niewątpliwie twórcami idei integracji kontynentu, która zaowocowała po dziesięcioleciach powstaniem Unii Europejskiej. Niezależnie od jej słabości i dylematów, przed jakimi stoi, jest to dzieło wielkie, a trochę już inna Francja jest głównym partnerem nie do pominięcia w jej dalszej budowie. Partnerem nieco trudnym i trochę zbyt obrażalskim, ale takim, którego warto mieć za sojusznika.
Tak modne w ostatnich latach w Polsce boczenie się na Francję, a zwłaszcza jej lekceważenie, jest niewłaściwe i nieco śmieszne w przypadku kraju, któremu wciąż daleko do francuskiego bilansu osiągnięć. Niektóre z tych osiągnięć być może warto naśladować. W końcu któż, jak nie Francuzi, udowodnił, że budując wspólną Europę można skutecznie walczyć o narodową odrębność.
Bogumił Luft, Rzeczpospolita, 10 sierpnia 2004
Roman Opałka - obrazy, malowane przez czas
Od 1965 r. ten wpisujący się w nurt konceptualizmu artysta pokrywa numerowane płótna liczbami i każdego dnia fotografuje swoją twarz, chcąc w ten sposób przedstawić trwanie własnego życia, aż do śmierci. Jego autoportrety oglądać możemy w Tours. Pociągła twarz. Wydatne kości policzkowe i poziome przekreślenia na policzkach. Powieki opadają, zasłaniając źrenice. Zaciśnięte usta. Na każdym z tych autoportretów ten sam bezruch i neutralny wyraz twarzy. Od powstania pierwszego z nich upłynęło 30 lat: pojawiły się zmarszczki, przede wszystkim na szyi i wokół ust. Włosy posiwiały i przerzedziły się. Już nie okalają twarzy jak przedtem, lecz giną gdzieś w białym tle. Portret stał się, wbrew woli artysty – a może celowo – bardziej zjawą, czymś w rodzaju ikony niż zapisem procesu starzenia się, którego dokumentalna wartość jest coraz częściej przedmiotem zainteresowania naukowców. Można się o tym przekonać w Centre de création contemporaine w Tours, na zorganizowanej tam w ramach Sezonu Polskiego we Francji wystawie, obejmującej blisko sto fotograficznych autoportretów Romana Opałki.
Artysta maluje czas. „Moje przedsięwzięcie, to przedsięwzięcie malarza, który pragnie malować przemijanie własnej egzystencji, aż do samego końca, czyli do śmierci. Jeśli śmierć nie zostanie włączona w taki projekt jak mój, nie będzie także i czasu. Chciałem przez to powiedzieć, że czas jest i przemija tylko dlatego, że istnieje także śmierć. W przeciwnym razie byłby on jedynie historią zegara.” Opałka jest malarzem. Fotografie twarzy, którymi jak mówi „rzeźbi czas” są właściwym dopełnieniem dzieła przedstawiającego czas. „Głowa jest dla mnie narzędziem, sposobem na zamknięcie diabła w butelce, po to by patrzeć, w jaki sposób czas odciska na tym obrazie swoje piętno.”
„Moją obsesją stała się próba skumulowania czasu do granic możliwości. To ona sprawiła, że zacząłem fotografować swoją twarz codziennie, w tych samych warunkach. Na początku nie rozumiałem, że na zdjęciu muszą się znajdować identyczne punkty odniesienia: ta sama poza, koszula, oświetlenie.” Opałka sam obcina sobie włosy, by zachować odpowiednią długość i fryzurę. Każdy z blisko dwustu autoportretów, które zdecydował się włączyć w swe dzieło, jest opatrzony na odwrocie nie tylko podpisem, ale i włosem artysty. Dzieło zyskuje wartość, o czym zapewne wie artysta, także przez swą osobliwość. Gdyby chciał, mógłby dostarczyć ich na rynek setki gdyż systematycznie, każdego dnia na zakończenie pracy w swojej pracowni w Bazérac, w Agenais, robi zdjęcie swojej twarzy na tle obrazu, nad którym pracuje i który nazywa „Detalem”.
Każdy „Detal” Opałki, to kolejne ogniwo w szeregu liczb, które artysta postanowił malować pędzlem, aż do nieskończoności. Zaczyna w lewym górnym rogu płótna od cyfry 1 (jako, że pomysł „liczonych” obrazów nie powstał z niczego, z zera – wyjaśnia), kończy u dołu z prawej. Na każdym „Detalu” Opałki mieści się blisko 20 000 cyfr.
Jak zrodziło się to malarstwo oparte na „idei progresywnego liczenia”? Opałka lubi opowiadać, że wpadł na jego pomysł w hotelu, czekając na żonę. Historia straconego czasu, przekształconego w „malarstwo czasu”, nadała charakter temu, co już istniało, choć w mniej radykalnej formie.
Opałka dorastał w Warszawie i tam też odbył studia plastyczne, w towarzystwie Władysława Strzemińskiego, jednego z czołowych artystów polskiej awangardy, który umarł z głodu na początku lat 50-tych. W 1965 roku zarabiał na życie wykonując grafiki. Potem wyjechał do Francji – kraju, w którym się urodził - i kontynuował rozpoczęte wcześniej malowanie liczb białą farbą na czarnym tle. Aż do 1 000 000. Po dotarciu do tej liczby w 1972 roku, artysta postanowił, że tło każdego następnego płótna będzie o jeden procent jaśniejsze od poprzedniego. Z czasem jego obrazy stają się, jak jego włosy, coraz bielsze. Dziś tło jest już tak białe, że liczby są na nim prawie niewidoczne. By je namalować artysta przygląda się połyskującym w świetle, mokrym jeszcze pociągnięciom tempery. I wsłuchuje się w dźwięki. Gdyż Opałka, malując liczby jednocześnie nagrywa na taśmie magnetofonowej wypowiadane przez siebie po polsku, odpowiadające im słowa. (…)
Do tej pory Opałka stworzył 227 „Detali”. Następny jest już na sztalugach. 22 lipca dotarł do liczby 5 486 028. Chciałby dojść co najmniej do 7 777 777. „Po ukończeniu przekątnej biegnącej od lewego górnego rogu w kierunku prawego dolnego, natychmiast zaczynam następny detal, tak by ani na chwilę nie zawisnąć w próżni. Trochę się obawiam. Z biegiem lat płótna stają się cięższe i boję się, że nie uda mi się. Śmierć przerwie tę historię.”
Z upływem czasu tworzy ich mniej. Początkowo potrafił namalować siedem „Detali” w roku; dziś maluje trzy. Pismo, trochę pochylone, stało się łagodniejsze, mniej kanciaste, choć nie niedbałe. Linijki nie są już takie proste, nie wszystko się udaje. Ale nie ma poprawek, nie ma na nie miejsca w logice tego systemu: „Czas jest nieodwracalny i nie mam prawa czegokolwiek zmieniać, nawet błędu.”
U tego obeznanego z filozofią Parmenidesa, Heideggera i Bergsona spekulanta zauważyć można pewien rodzaj samozadowolenia, kiedy opowiada o koncepcji i niezwykłym zakończeniu swego dzieła. Podkreśla - pewien, że udało mu się tego dowieść - że „jest w tym podejściu zarówno logika, etyka, jak i estetyka; celem nie jest tu jednak piękno, lecz prawda.”
Opałka wydaje się być zadowolony ze sposobu, w jaki rozwiązał problem zakończenia swojego dzieła; problemu, który dręczył go od samego początku pracy twórczej. Podkreśla „faustowski aspekt tej historii”. „Zmusiłem tę idiotkę, Śmierć, do pracy nad definicją ukończenia dzieła. Ona była tu od samego początku, od kiedy namalowałem cyfrę 1.”
Czy nie ma już dosyć malowania liczb? Skądże! Ten rytuał sprawia mu wiele radości. „Wszystkim wydaje się, że przez cały czas jestem jakby w pułapce. Ale to nieprawda. Jestem jednym z najbardziej wolnych artystów na ziemi. Nie szukam, nie biegam, robię to, co chcę robić. Maluję swoje życie: trzeba przyznać, że to bardzo wygodne! Ale jest w tym szalonym egocentryzmie jednocześnie pewna forma altruizmu, gdyż to, o czym mówię ma charakter uniwersalny.”
Geneviève Breerette, Le Monde, 1 sierpnia 2004 r.
przekład: Katarzyna Janczak